TOP 20 STANLEYA: Najlepsze zagraniczne albumy muzyczne 2018 roku

Jeszcze przed końcem nowego roku mieliście okazję zerknąć na moją topkę 15 albumów muzycznych z polskiego podwórka, które pozostawiły trwały ślad w mojej pamięci. Tym razem pokusiłem się o wybranie 20 albumów wykonawców głównie sierściuchowej maści, którzy namieszali w moim muzycznym roku 2018. Pamiętajcie, że jest to zestawienie subiektywne, które pewnie nijak ma się do prawdziwych arcydzieł, które ukazały się w ubiegłym roku! No to co? Czek it ałt! 

20.ANAAL NATHRAKH – A New Kind Of Horror. Muzyka Analnych Wiatraków niezmiennie wprowadza mnie w bardzo dobry nastrój. Mimo że poszczególne albumy nie różnią się od siebie znacznie, a na nowym krążku nie ma w sumie nic nowego, to ten misz masz blacku, power i industrial metalu przyprawionego chorą elektroniką nadal jest w stanie zawojować moje podsumowanie roku choćby i na samym końcu stawki.

19.NINE INCH NAILS – Bad Witch. Nie oszukujmy się, Trent Reznor zawsze dostarcza i poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi. Ostatni album, który miał być w sumie epką to materiał, na którym Reznor pokusił się o kilka zacnych eksperymentów, ukłonił się Bowiemu i stwierdził, że w dupie ma hity. „I bardzo, kurwa, dobrze” cytując pewnego fanatyka wędkarstwa.

18.ALICE IN CHAINS – Rainer FogW zeszłym roku nieco zawiodłem się na zespołach, które bardzo lubię i po których spodziewałem się materiałów bardziej angażujących. Mam tu na myśli chociażby Muse czy Arctic Monkeys. Za to nigdy nie byłem wielkim fanem AIC i tej przeciągłej maniery zarówno Staleya jak i Du Valla. Ale w tym roku coś w końcu drgnęło i ich utworów słucham z rosnącą przyjemnością. A Rainer Fog to dowód kompozytorskiej bardzo wysokiej formy, przy nie wystawianiu za bardzo nosa poza przyjętą lata temu konwencję. Nie mogę się doczekać aż ich na Impact zobaczę!

17.HORRENDOUS – Idol. Zdecydowanie bardzo pojętni uczniowie niejakiego Chucka Schuldinera, którzy progresywny ale też i mocno techniczny death metal serwują z niesamowitym wyczuciem. Momenty totalnego zezwierzęcenia rewelacyjnie kontrastują z wybornymi, pełnymi polotu solówkami. Fani Death, Cynic czy Atheist powinni brać w ciemno!

16.SUMAC – Love In Shadow. Alex Turner (Isis) w swojej najbardziej schizofrenicznej muzycznej odsłonie. Istotą zarówno tego albumu, jaki całej twórczości Sumac jest to, że nie da się wrzucić ich grania do jakiejkolwiek szufladki. Love In Shadow to kocioł, w którym w rozmaitych proporcjach mieszają się death metal, post metal, math metal w duchu starego Dillingera, doom metal… Do tego dorzućcie totalną nieprzewidywalność, improwizację, myślenie poza schematami. Kupuje mnie to zdecydowanie bardziej niż wychwalany pod piekłosa Portal.

15.CHAPEL OF DISEASE – …And As We Have Seen The Storm, We Have Embraced The Eye. Niech Was nie zmyli nazwa zaczerpnięta od dwóch jakże zacnych utworów Morbid Angel. Ten band jest uzbrojony w kompozycje bardzo melodyjne, bliższe to wszystko death’n’rollowi w klimacie Entombed czy odzianych ostatnimi czasy w fikuśne pantalony Tribulation. Jak tego się wybornie słucha, jak to jest bezczelnie, zajebiście energetyczne, ale i brudne, brutalne i ciężkie. SZTOS!

14.ANNA VON HAUSSWOLFF – Dead Magic. Słyszałem porównania do Fever Ray, do Jarboe, do samego Swans, do Diamandy Galas. No generalnie to słyszałem, że panna jest nawiedzona. I jest. I to w taki sposób, który mnie uwiódł. Muzyka, która spokojnie mogłaby być ścieżką dźwiękową do jakiegoś satanistycznego horroru. Szybko idzie się wciągnąć, a potem uzależnić.

13.TESSERACT – Sonder. Wydaje mi się, że chłopaki dość mocno studiowali zawartość Traced In Air Cynic bowiem udało im się osiągnąć podobną dźwiękową przestrzeń, a jednocześnie potęgę brzmienia. Dalej jest to granie z pogranicza djentowych łamańców i progresywnych, przestrzennych pasaży, które mocno mi leży. A że w ubiegłym roku w temacie takiego grania za dużo powalających mnie materiałów nie wyszło to już inna sprawa. Pięknie grają.

12.CULT LEADER – A Patient Man. Ja jestem prosty człowiek. Słyszę porównania do Converge to sprawdzam. No i rzeczywiście jest w graniu Cult Leader ten charakterystyczny dla Converge nerw, jest sporo dysonansów i szarpaniny z instrumentami. Ale jest też znacznie więcej rogatego pod skórą tych kolesi, także fanom dajmy na to Nails, Full Of Hell i tego typu wykolejeńców powinno przypasować.

11.ZEAL & ARDOR – Strange Fruit. Niby to samo co na debiucie ale dalej działa. Dalej połączenie black metalowych patentów i negro spirituals robi słuchaczowi wtf na gębie, ale jakoś tak się to wszystko klei bardziej naturalnie, płynniej. Żałuję, że nie miałem możliwości zobaczyć ich na żywca po raz kolejny, ponoć są w baaardzo dobrej formie. Niby dziwny owoc, ale jakże smaczny.

10.DEAFHEAVEN – Ordinary Corrupt Human Love. Czy Deafheaven to jeszcze black metal czy po prostu bardzo wkurwiony zespół alternatywny? Spory wciąż trwają. Niezależnie od przynależności gatunkowej wysmażyli w zeszłym roku po prostu bardzo dobry, zapadający w pamięć krążek. Szugejzują sobie po swojemu, wprowadzają do kompozycji jeszcze więcej powietrza i rockowego luzu. Co do tego, że puryści dalej będą na nich pluć jadem nie mam żadnych wątpliwości, ale jak słucham tego krążka to jestem pewny, że muzycy tej grupy mają to gdzieś.

9.TRIBULATION – Down Below. Na moje oko to panowie przeszli bardzo oczywistą ewolucję. Znajdą się tacy, którzy słyszeliby ich kopiujących po raz kolejny The Formulas of Death, ale tego gotyckiego pierwiastka z ich twórczości już się po prostu nie da wyrzucić. Jest więc death’n’roll na tych wampirycznych resorach i mi się bardzo podoba. Warto dodać, że Tribulation w przyszłym roku pojawi się na koncertach w Polsce na dwóch koncertach, w Poznaniu i Warszawie! KONCERT W POZNANIU KONCERT W WARSZAWIE

8.YOB – Our Raw Heart. To jest jeden z tych niesamowitych zespołów, które obok Pallbearer czy Bell Witch niby mówi językiem doom/sludge metalu, ale jednak nie do końca. Jednak najbardziej mówi po prostu językiem pięknej muzyki, która, gdzieś tam między kolejnymi taktami kojarzy mi się z najbardziej kruszącymi serducho utworami Neurosis i manierą wokalną chłopaków z Mastodon. Wow, po prostu wow.

7.RIVERS OF NIHIL – Where Owls Know My Name. Dla mnie zdecydowanie najlepszy album z prog death metalowego podwórka. I na saksofonie czarują i roztaczają jakiś taki klimat kojarzący mi się zarówno z Twin Peaks jak i Lovecraftem. Nie za bardzo potrafię opisać ich muzykę, bo tego po prostu trzeba posłuchać. Jak dalej tak będą się wychylać z deathowej szufladki, to wkrótce na dobre z niej wyskoczą.

6.A PERFECT CIRCLE – Eat The Elephant. To nie jest album, którego się spodziewaliśmy. Była mowa, że APC to rozdział zamknięty i jakoś do tego po prostu przywykłem. Tak więc Eat The Elephant jest nielichym psikusem z samego faktu swojego istnienia. A że jest to krążek z marszu polaryzujący słuchaczy? Cóż, nie zawiera tak elektryzującej muzyki jak Mer De Noms, ani też nie jest aż tak zatopiony w smutku jak The Thirteenth Step. Ale zdecydowanie broni się po prostu dobrymi piosenkami, trafnie punktującymi naszą zmierzającą ku blackmirrorowości rzeczywistość.

5.DAUGHTERS – You Won’t Get What You Want. To jest jeden z tych albumów, o których nie masz bladego pojęcia co myśleć. Jest totalnie w poprzek i na opak. I po serii okropnych zgrzytów może zaatakować tak zaraźliwa melodia, że na wszelki wypadek sprawdzasz czy to aby na pewno ten sam wykonawca. Daughters robi obecnie to co niegdyś Dillinger tylko wciąż w bardziej harsh, alternatywnej wersji.

4.VEIN – Errorzone. To jest debiut. Serio to jest debiut. Brzmi niczym krzyżówka Converge i Deftones, a i czuć, że się chłopaki zasłuchiwali w alternatywnym łomocie z lat 90-tych. Ja wiem, że ta pozycja w rankingu może być odczytana przez wielu jako spor nadużycie, ale wisi mi to, bo to moje zestawienie. Niech ich ktoś sprowadzi do Polski.

3.GHOST – Prequelle. Te wszystkie batalie między byłymi kolegami z zespołem średnio mnie obchodzą. Ghost to Tobias Forge i towarzyszący mu muzycy, którzy mają wycinać na instrumentach to co liderowi do głowy przyjdzie. Dla wielu ten krążek jest już po prostu niestrawnym popem w metalowym sztafażu, dla mnie jest to wybornie imprezowy album, którego melodie mogę sobie nucić na okrągło. Tylko tyle i aż tyle by wylądować na podium.

2.THE OCEAN – Phanerozoic I: Palaeozoic. I znowu panowie wrócili do konceptu znanego z Precambrian. I znowu się nie powtórzyli. Mnie kupił każdy singiel i ostatecznie cały album, a i uważam, że Jonas z Katatonii w jednym numerze odcisnął takie piętno, że ja pierdolę. Może i były znacznie lepsze albumy pod względem kompozycyjnym w zeszłym roku, ale mnie w tych numerach ujęły przede wszystkim szczere emocje. A przecież to krążek o kształtowaniu się naszej planety, gad demet!

1.MEG MYERS – Take Me To The Disco. Co to? Kto to? To jest moi drodzy wokalistka, które totalnie podbiła moje serducho w zeszłym roku. Jest niepokojąco atrakcyjna, i zajebiście świadoma tego o czym chce śpiewać i jak chce śpiewać. Na Take Me To The Disco nie ma słabych momentów. Każdy numer to alternatywny hit. Nie mam pojęcia, czemu jeszcze totalnie nie podbiła rynku muzycznego. Zdecydowanie i dogłębnie przemyślane moje zeszłoroczne nuemro uno. I to by było na tyle, do przeczytania next time!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s