RECENZJA: MIRACLE WORKERS, CZYLI (NIE)BOSKI SERIAL KOMEDIOWY

W historii kina i telewizji widzieliśmy już kilka zapadających w pamięć oblicz Boga. Najbardziej znanym wydaje mi się Morgan Freeman w Bruce Wszechmogący. Ciężko mi obecnie zawyrokować czy Steve Buscemi wcielający się w Miracle Workers w Stworzyciela Świata zostanie równie mocno zapamiętany, jest bowiem postacią, którą nie za bardzo da się lubić… Za to sam serial, wbrew temu co może sugerować tytuł recenzji, jest całkiem sympatyczny, o czym przekonacie się czytając dalej! 

Bóg o aparycji Buscemi’ego ogląda sobie telewizję. Wypadki, wojny, morderstwa, cały ten standardowy crap tego świata. A potem przebitka sportowca dziękującego mu za wygraną. No to Bóg się cieszy, lubi kiedy jego ego jest łechtane przez wyznawców. Jest nie tyle obojętny wobec tego co się dzieje, lecz lekko rozczarowany swoim dziełem i zdecydowanie humorzasty i zdziecinniały. Nie każdy pracujący w niebie może go od tak sobie odwiedzić, wypada się wcześniej umówić.

Tymczasem zmęczona pracowaniem, o ile dobrze pamiętam, w departamencie gleby dziewczyna imieniem Eliza (Geraldine Viswanathan) chce zmienić pracę i dostaje robotę w dziale odpowiadania na modlitwy. Trafia do wychłodzonego pomieszczenia w którym siedzi Craig (Daniel Racdcliffe) odpowiedzialny od stuleci za pomaganie ludziom w ich problemach. „Pomaganie” w tym przypadku to duże słowo, gość odwala mozolną robotę, polegającą na nieinwazyjnym podpowiadaniu ludziom gdzie zgubili swoje rzeczy. Jeśli jednak ktoś jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie i błaga o boską pomoc nie jest w stanie niczego zrobić. A modlitwy właściwie w ogóle nie docierają do Jaśnie Nam Panującego. Eliza już pierwszego dnia w nowej robocie zawala na całej linii co ostatecznie doprowadza Boga to podjęcia, według niego całkiem zabawnej decyzji: świat ma zostać zniszczony. Eliza postanawia odkręcić nadchodzącą apokalipsę i założyć się z Bogiem, że uda jej się spełnić jedną z tych modlitw, która teoretycznie jest nie do spełnienia. Ma dwa tygodnie by sprawić, że dwójka mających się ku sobie ludzi, mega introwertycznych dziwaków, się ze sobą zejdzie. No i zaczynają się schody, bynajmniej nie do nieba…

Sam świat przedstawiony przypomina nieco to co mogliśmy zobaczyć w C.H.A.O.S.-ie Grupy Filmowej Darwin. Bóg Buscemi’ego jest momentami beztroski niczym Rafał, nie w głowie mu naprawianie świata, który sam stworzył, w końcu ma od tego ludzi no i zawsze może się wykręcić obdarzeniem człowieka wolną wolą. Nie jest to jednak jakieś wielce obrazoburcze ukazanie Stwórcy, jest to taki rodzaj humoru, który powinien spodobać się fanom chociażby The Good Place, choć momentami jest bardziej przaśny, absurdalny i groteskowy. Na HBO GO szukajcie go pod tytułem Cudotwórcy, póki co są tam dwa odcinki, które ukazały się bodajże tydzień po oficjalnej premierze (jest to produkcja stacji TBS). Póki co trudno mi stwierdzić, czy będzie to serial z równie ciekawym podłożem do dyskusji co wspomniane Dobre miejsce, ale ogląda się szybciutko i przyjemnie, szczególnie, że odcinki trwają po 20 minut, a sam Buscemi w niecodziennej dla siebie roli jest intencjonalnie na przemian irytujący i zabawny. Także będę śledzić dalsze epizody i oczekiwać konkluzji końcowej. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s