PRZEDPREMIEROWO: AVENGERS: ENDGAME, CZYLI KONIEC WIEŃCZY DZIEŁO [BEZSPOJLEROWO]

Marvel budował swoje filmowe uniwersum przed ponad dekadę. Fani komiksowych adaptacji zostali rozpieszczeni ponad 20 filmami o superbohaterach, przechodząc łącznie przez trzy fazy ich budowania. Filmy bywały lepsze i gorsze, dostarczały przede wszystkim rozrywki, świetnych efektów specjalnych i widowiskowej rozwałki. Konsekwentne przywiązywanie nas do postaci sprawiło, że przestaliśmy je postrzegać jako „nie z tego świata”, zaczęliśmy w nich widzieć bardziej ludzi obdarzonych mocami, czasem niechcianymi, kłopotliwymi, niż mocarzy w ludzkich powłokach. Przełomem dla tego uniwersum była pierwsza część „Mścicieli” z 2012 roku, która za cholerę nie zapowiadała tak ogromnych eventów jakimi ostatecznie stały się Infinity War i omawiane poniżej Endgame. Jeśli ktoś śledził moje wrzutki na temat Końca gry (jak sobie to wymyślili dystrybutorzy) to zapewne zauważył, że jarałem się jak córka Stannisa. Zamiast jednak ozłacać ten film superlatywami, na które oczywiście zasługuje, zasypywać Was zdaniami z potrójnymi wykrzyknikami postanowiłem, oczywiście bezspojlerowo, przyjrzeć się dziełu braci Russo z nieco większym dystansem. Bo szczerze mówiąc to musi minąć kilka seansów zanim to wszystko sobie do kupy poskładam i zastanowię się, czy gdzieś nie wkradły się błędy logiczne (nad takowymi dyskutuje się już w sieci od wczoraj). Jaki jest ten Endgame więc? 

Film trwa bite trzy godziny, ale zupełnie się tego nie czuje. Dzięki podzieleniu go na wyraźne trzy segmenty i naszpikowaniu akcji fanserwisem z potężną nawiązką Endgame po prostu chłonie się jednym tchem. Pierwszy akt dzieła skupia się na tym jak bohaterowie przeżywają stratę najbliższych, jak próbują się pozbierać po pstryknięciu Thanosa. Oczywiście przez rzeczone pstryknięcie więcej uwagi poświęcone jest bohaterom do tej pory mniej eksponowanym, takim jak Nebula, natomiast ogrom eventu sprawia, że postać Kapitan Marvel wcale nie jest dla filmu aż tak kluczowa. I bardzo dobrze, bowiem film jest głębokim ukłonem dla fanów, którzy na wylot znają pierwszą fazę MCU oraz mokrym snem tych, którzy wyobrażali sobie swoich ulubieńców w nieco innej odsłonie. Jasne, że nie każdemu podejdzie to co uczyniono z kilkoma bohaterami, ale dla mnie zabiegi, które „dotknęły” niektórych herosów są jak najbardziej adekwatne do ich charakteru i momentu w jakim znaleźli się po utracie najbliższych.

Jest więc w Endgame miejsce na kameralny dramat, ale i na momenty rozładowujące napięcie, cierpkie wymiany zdań między postaciami, humor z najróżniejszych półek (w tym ten bardzo meta, czerpiący z popkultury garściami, kłaniam się w pas za hołd dla braci Coen). Rozgryzanie tego filmu pod kątem cytatów, innych filmów Marvela, seriali, filmów, książek, całego tego popkulturalnego piękna będzie nas zalewać przez najbliższe miesiące. Rewelacyjnym zabiegiem jest wprowadzanie postaci dawno nie widzianych, że tak to ujmę, w nowym kontekście, generującym bijące świeżością sceny z dobrze znanymi nam bohaterami. Co ciekawe w wieńczącym trzecią fazę MCU dziele postarano się o to byśmy nie mieli postaci centralnych, każdy ma tu swoje pięć minut, z którego korzysta jak należy. Ktoś ładnie napisał, że to co zobaczył w Endgame było tym czego oczekiwał, tylko pomnożonym przez 10. Ja to bym powiedział, że nawet przez 3000. To jak bardzo przez lata przywiązaliśmy się marvelowskiej rozrywki bardzo ładnie odzwierciedlała poznańska publika na wczorajszym pokazie. Śmieliśmy się na głos, płacz też nie był jedynie cichym łkaniem, a w najbardziej zadowalających nas momentach oklaskiwaliśmy naszych ulubieńców. Ludziom dłubiącym nad filmami Marvela udało się sprawić by Ci superbohaterowie stali się częścią nas, jakkolwiek irracjonalnie i dziecinnie by nie zabrzmiało. Musiałbym sprzedać Wam mnóstwo spojerów by powiedzieć jakie sceny były najbardziej porywające, kto kradł moje serducho i które żarty najlepiej wybrzmiewały. A to jest tak rewelacyjny film, że psucie go komukolwiek powinno być karane banem na dłuższy czas (nie zaglądajcie na profil Dakanna!)

Środkowa część Endgame to już pełną gębą heist-movie, bo jak się można było domyśleć bohaterowie muszą coś zdobyć, aby spróbować coś zrobić. Natomiast finał jest gigantyczny niczym z Powrotu Króla, do którego Endgame chcąc nie chcąc porównywane będzie. Pomiędzy tym wszystkim plączą się kolejne etapy przetrawiania traumy i poświęcania większej sprawie za wszelką cenę. Zapewne przy kolejnych seansach mógłbym się do czegoś przyczepić, ale póki co czuję się, jakbym wrócił z trzygodzinnej podróży do innego świata. I nie jestem jedyny, bowiem reakcje ludzi po premierze wahały się od totalnego milczenia, po ekspresyjne wyrzucanie z siebie każdego rodzaju emocji. Tak więc jak dla mnie, dla osoby, która się tym uniwersum jara to jest 10/10. Nie chcę oceniać w innej skali, w sumie to nie potrafię, nie polecam jedynie osobom, które uniwersum znają pobieżnie. To jedyna wada, która rzuca się od razu, to film dla marvelowskich świrów, a nie niedzielnych widzów. Ach no i nie ma sceny po napisach. Naprawdę. Ale jako fani i tak zostaniecie do końca, czyż nie?

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s