RECENZJA: GRA O TRON – SEZON 8, ODCINEK 6, CZYLI… O CZYM TAK WŁAŚCIWIE BYŁ TEN SERIAL?

Na początek mała zagadka! Kto najbardziej popadł w obłęd? A)Dany, B)scenarzyści, C)widzowie, D)wszystkie odpowiedzi są poprawne. Sam bez namysłu wskazuję odpowiedź D, bowiem spektakularnej porażce finałowego sezonu Gry o Tron towarzyszą czynniki, o których mógłbym się rozpisywać do rana. Moim skromnym zdaniem najbardziej ucierpiała sama historia stworzona przez Martina, bowiem widzowie GoT w dużej mierze stanowili czytelnicy posiadający konkretne oczekiwania wobec fabuły. A oczekiwania te z premedytacją zostały wyrzucone do śmietnika przez scenarzystów, którzy, mam wrażenie,  dodatkowo pogubili się bardziej niż twórcy Lostów w ostatnim sezonie (który uwielbiam, acz którego krytykę po latach zrozumiałem). 

Tak to się kończy jak się chce widzów „zaskoczyć”, obejść ich oczekiwania i nie pozwolić by nawet najsensowniejsze teorie się ziściły. Tak to jest jak się chce skończyć serial na szybko, bo Disney wzywa, a kolejne Star Warsy się same nie spierdolą. Wątki łatane na kolanie, jakby twórcy jak najszybciej chcieli się od ciężaru jaki na nich spoczywał uwolnić. Jakby głównym celem było po prostu danie widzom czegokolwiek, by mieć ten wieloletni, pochłaniający życie projekt za sobą. Oglądając ten sezon czułem, że nie jest on tworzony z miłości do tego uniwersum i żadne zapewnienia ze strony D&D i całej reszty tego nie zmienią. Szczególnie, że sami aktorzy wysławiali się między słowami o finałowym sezonie dość… bezpiecznie? Z jakby sztucznym entuzjazmem, podszytym rozczarowaniem? Jakoś mnie to szczególnie nie dziwi, bowiem przyzwyczajeni do rozwoju swoich bohaterów aktorzy musieli odgrywać sceny, które przeczyły naturze ich postaci.

Już sezon 7 wydawał się odklejony od rzeczywistości, jeśli można tego słowa użyć względem serialu fantasy. 8 natomiast jawi się jako próba układania puzzli na tysiąc elementów mimo, że na pudełku jest napisane, że jest ich dwa razy tyle. Zaczynasz od ramki, ale układasz ją o połowę mniejszą, a następnie wpychasz w nią elementy, które do siebie nie pasują. Wychodzi pokraczny obrazek, z którego udajesz, że jesteś zadowolony, a elementy, które zostały zamiatasz pod dywan. Rzecz w tym, że inni widzą, że układanka lekko dotknięta posypie się, ale dalej udajesz, że tak miało być. Twórcy zrobili sobie kuku już na etapie promocji kiedy wypuścili trailer sugerujący, że Nocny Król & company zrobi taki rozpierdol, że nie będzie co zbierać i z Winterfell zostaną totalne zgliszcza. No tośmy z takim nastawieniem to oglądali, oczywiście w głębi duszy wierząc, że nasi ulubieńcy przeżyją. No i przeżyli, ale do chuja pana jakim kosztem?

Cały ładunek emocjonalny dwóch pierwszych odcinków ostatniego sezonu poszedł się jebać, wraz z roztrzaskaniem Nocnego Króla na milion kawałków. Było to zaskakujące, ale czy pozytywnie? Jak bardzo NIE O TYM okazała się Gra o Tron! Nie o walce z potworami niosącymi śmierć i zniszczenie, NK z całą swoją świtą okazał się jedynie tłem, przeszkodą nie dla bohaterów, a dla scenarzystów. Okej, czyli to jednak był serial przede wszystkim o ludziach, zgadza się? O dziedzictwie genetycznym, o wartościach rodzinnych, o destrukcyjnym pożądaniu władzy, o grzechach ojców i matek spadających na dzieci. I w sumie to o całkiem sympatycznym klanie Starków, który przeszedł przez prawdziwe piekło by finalnie z wielką ulgą lub moralnym kacem ruszyć każde w swoją stronę. Pieśń Lodu i Ognia. Był to też serial o wielkim sekrecie, który doprowadził do krwawych wojen, a właściwie to o zakazanej miłości, która doprowadziła do krwawych wojen.

Niezadowolenie widzów wynika przede wszystkim z poczucia oszukania, że oto wielowątkowa saga, z udziałem smoków, czarów, olbrzymów, nieumarłych, dziwnych leśnych stworzeń i całej masy niestworzonych rzeczy skończyła się od tak, po prostu przy udziale grupy osób, która na nowego króla wybrała kolesia, którego rządów nawet by się nie chciało dalej oglądać. Bran jest bowiem symbolem dobrego, ale bezbarwnego rządzenia, a problemy z jakimi ostali się jego doradcy wieją totalną nudą. Nie dziwię się więc, że Tyrion stwierdził, że za kilka lat da nogę na Mur, skoro ma usychać z braku jakichś bardziej angażujących zajęć. Wmówienie nam, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie i trafili tam gdzie ich miejsce jest tyleż bezpieczne co po postu smutne, bowiem ma się poczucie nagłego oddawania GoT do domu spokojnej starości. Czyż nie bardziej ekscytujące było by pozostawienie nas, wieloletnich fanów z mocnym cliffhangerem, z choćby drobną zajawką, że ta historia może mieć ekscytujący ciąg dalszy? Gdyby pokazano nam choć moment, w którym Arya widzi na horyzoncie jakiś niepokojąco wyglądający nieodkryty ląd, gdyby choć Jon wędrując z Dzikimi natknął się na nowe niebezpieczeństwo… Twórcy domknęli GoT w taki sposób, byśmy nie zastanawiali się co dalej, jak potoczą się losy tych co przeżyli, jakimi historiami zostaną zapisane księgi? Sprawili, że ciąg dalszy jest, przynajmniej mi, zupełnie obojętny, a przecież wiadomo, że jakiś ciąg dalszy jest.

Było kilka momentów w tym odcinku, które mi się podobało. Tyrion opłakujący rodzeństwo i odrzucający wierność Dany. Metafora Danki jako smoka z rozpinającymi się za nią skrzydłami Drogona, sama scena jej śmierci i reakcja jej jedynego dziecka symbolicznie palącego ten przeklęty tron, o który tak wszyscy zabiegali. Smok w tym odcinku wzruszył mnie najbardziej, zaskakujące, że pozostawiony sam siebie nie stwierdził ,że zrobi rozpierdol, tylko zabrał ciało mamy i odleciał w siną dal. No i oczywiście Jon rehabilitujący się w naszych oczach głaskaniem Ducha był wręcz sercem tego epizodu. Cała reszta odcinka jak dla mnie to niezłe jaja włącznie z tymi he, he, scenkami z Edmurem i jego wyjściem przed szereg, demokracją według Sama, sceną z naradą, tym całym przestawianiem krzeseł i opowiadaniem żartu z burdelem, osłem i plastrem miodu. No boki zrywać. Już pomijam fakt, że Jon nie został zamordowany przez jakiegoś fanatyka Danki, że nie wybuchł chaos, że nie doszło do krwawej jatki z udziałem Nieskalanych i dothraków. Nikt też otwarcie się nie sprzeciwił względem wybrania nowego króla i zasady, która jasno mówi, że kolejny zostanie wybrany tak właściwie metodą demokracji (a z Sama to cisnęli, hipokryci). Nie mogę uwierzyć, że dostaliśmy tak bezpłciowy finał tak niesamowicie wciągającej historii. GoT pozostawiło po sobie bardzo gorzki posmak, o którym, co najgorsze, bardzo szybko by się chciało zapomnieć. To nie prawda, że wymagaliśmy od twórców nie wiadomo czego, że oceniamy ich surowiej niż na to zasługują, to kwestia tego, że wiemy na co było ich stać, a czego nie zrobili. Sami zepsuli sobie i nam to nad czym pracowali latami, kończąc za szybko, po łebkach, odhaczając kolejne drogi na skróty. Sam Martin chciał by historia była pojemniejsza, by bardziej wybrzmiała, by miała puentę godną tego co działo się od początku pierwszego sezonu. Ostatecznie nie miał znaczenia ani Nocny Król, ani fakt, że Arya umiała zmieniać twarze, ani jakiekolwiek przepowiednie, ani cała droga ewolucji jaką przeszedł Jaime, ani nawet ten wielki sekret dotyczący tożsamości Jona, bo przecież Danka chciała rządzić z nim u jej boku.

Ja nawet nie jestem zły, jestem zawiedziony. Dziękuję za te wszystkie lata i godziny pełne emocji, wspaniale zagrane sceny, które sprawiały, że człowiekowi przyspieszał puls, za niesamowite, nieprzewidywalne zwroty akcji, nagłe zgony, symbolikę, i historię, która do pewnego momentu tętniła czymś, czego nie miała żadna inna produkcja telewizyjna. Za zbudowanie od podstaw postaci, które dorastały lub starzały wraz z widzami, które wypowiadały zdania, które cytować będziemy jeszcze przez lata. I tylko szkoda, że finał okazał się tak mało angażujący, że większość widzów chciałaby go wymazać z pamięci i żyć w błogiej nieświadomości jego istnienia. Bo wizualnie ten sezon był przepiękny, kłaniam się nisko scenografom, kostiumologom, twórcom efektów specjalnych, dźwiękowcom, charakteryzatorom, kamerzystom, montażystom i oczywiście reżyserom, którzy starali się wycisnąć z tego co dostali do rąk maksimum. Kłaniam się aktorom, pierwszoplanowym, drugoplanowym, wszystkim, którzy ożywili ten świat. I będę tęsknić za GoT, ale nie za tym jak się skończyło, bo to był srogi policzek dla mnie jako fana. Miałem pisać na śmiesznie, ale wyszło dość smutno i gorzko. Nic więcej do napisania już nie mam. Valar morghulis.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s