RECENZJA: PARAGRAF 22, CZYLI WOJENNA SATYRA WEDŁUG GEORGE’A CLOONEYA

Paragraf 22 to powieść autorstwa Josepha Hellera, która ukazała się 1961 roku. Jej filmowa adaptacja do kin trafiła w roku 1970, a w głównego bohatera Johna Yossariana wcielił się laureat Oscara (za drugoplanową rolę w Małej Miss), Alan Arkin. Podszyta czarnym humorem sytuacyjnym satyra wojenna aż prosiła się o współczesną adaptację z odpowiednim budżetem i rozmachem realizacyjnym, a podjął się niej sam George Clooney. Tym razem w roli Yo-Yo zobaczyć możecie Christophera Abbott (seriale Dziewczyny, Grzesznica, filmy To przychodzi po zmroku, Pierwszy człowiek). Na pokładzie znalazł się też sam Clooney oraz rewelacyjni Kyle Chandler i Hugh Laurie. Po wchłonięciu wszystkich 6 odcinków (serial produkcji Hulu, dostępny na HBO) muszę przyznać, że był to kawał momentami szokującej, mocnej w przekazie historii, która nie straciła swojego uniwersalnego, dającego się w pełni zrozumieć w obecnych czasach przekazu. 

John Yossarian jest alianckim bombardierem stacjonującym na włoskiej wyspie i każdego dnia ryzykuje swoje życie przelatując nad terenami wroga. To na jego barkach spoczywają sukcesy i niepowodzenia misji, których liczba wciąż rośnie. Zdesperowany i popadający powoli w obłęd mężczyzna próbuje wydostać się z wojennego piekła często kosztem swoich kolegów, a nawet przełożonych. Jest więc postacią niejednoznaczną, bowiem często kieruje nim egoizm, bywa nieodpowiedzialny, a jego cwaniactwo zazwyczaj ma opłakane konsekwencje.

Siłą powieści Hellera był wylewający się ze stron książki sarkazm, absurd i paradoksalność pewnych sytuacji. W wizji Clooneya-reżysera brakuje nieco tego absurdalizowania wojny, w za której udziale dostaje się przecież wysokiej rangi odznaczenia, w za której udział winduje się w hierarchii społecznej. Ta różnica względem powieści może niektórych widzów razić, bowiem zdecydowanie więcej tu bardzo dramatycznych scen niż szyderczej, czarnej komedii, która spopularyzowała dzieło Hellera. I nie chodzi mi tutaj o to, że serial powinien iść bardziej tropem kultowego filmu i serialu M*A*S*H, podobnego w wyśmiewającym wydźwięku, lecz gdyby przemycić tam nieco więcej rozwalających scenek sytuacyjnych pokroju mianowania na majora chłopaka imieniem Major Major Major dzieło zyskałoby więcej jadowitości i wytrącającego z powagi sytuacji klimatu. Jest to jednak tylko moje drobne czepianie się wobec oczekiwań jakie miałem po zobaczeniu trailera.

Nie jest to bowiem produkcja tak zabawna, (nie mylcie ze śmieszną) jak się spodziewałem, że będzie. Kilka scen dosłownie wyrwało mnie z butów swoją dosłownością i brutalnością nie dostając po prostu kpiarskiego kontrapunktu tam gdzie przydałby się on najbardziej i nadał wizji Clooneya nasycenia satyrycznością. Oczywiście jest tu sporo momentów wywołujących nerwowy chichot (szczególnie podróż majora de Coverley do „podbitej” Bolonii), lecz całość bywa przyciężkawa i wymykająca się dość mocno obranej pierwotnie konwencji, którą sugerował pierwszy docinek. Trzeci epizod jest najmocniejszy jeśli chodzi o balansowanie między obśmiewaniem wojennych absurdów a pochłaniających ofiary wypadków, czwarty zaś znakomicie pokazuje jak uprawiać wojenny biznes z korzyścią dla obu biorących w konflikcie stron. Owacje należą się tutaj żołnierzowi imieniem Milo, który zaczyna swoją karierę jako dokarmiający żołnierzy chłystek, a w kolejnych odcinkach jest już ustawionym po uszy biznesmenem, który w pewnym mieście nawet dochrapuje się urzędu burmistrza.

Dość dyskusyjna jest finałowa konkluzja, której na moje oko nieco brakuje mocy, wydźwięku, swoistej puenty (chodzi mi o sam koniec, cała sekwencja, w której Yo-Yo „na znak protestu” chodzi nago jest świetna). Być może to co powtarza sobie pod nosem główny bohater ma być echem całej historii i punktem kulminacyjnym osiągnięcia przez niego szaleństwa, ale zabrakło mi tutaj takiej bożej iskry, która zostawiłaby mnie z totalnym WOW na twarzy. Jest to jednak produkcja, którą z czystym serduchem mogę Wam polecić, w zależności od tego co Was w wojnie „bawi” i przeraża tak odbierzecie ten miniserial. A na upartego możecie go wsunąć w jeden weekend, odcinki trwają po 40 minut. Ode mnie 8/10, gwarantuję, że czasu nie zmarnujecie, a i pewne wnioski z tej nieszablonowej samej w sobie fabuły idzie wyciągnąć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s