RELACJA: IMPACT FESTIVAL, czyli jak spełniłem swoje największe koncertowe marzenie!

Gówniarzem będąc jeszcze, w roku 2006, zakupiłem sobie 10.000 Days Toola, co okazało się jedną z najlepszych muzycznych decyzji w moim życiu. Często na jedną płytę oszczędzałem sobie kilka bitych miesięcy, nie posiadałem jeszcze wtedy komputera, byłem jednym z tych nastolatków co to jeszcze w muzycznych sklepach wygrzebywał kasety, a wypady do Empiku czy Media Marktu nie były dla mnie powszedniością, bowiem w moim małym miasteczku takich sklepów po prostu nie było (pierwszy i jedyny Empik otworzono tam bodajże pod koniec zeszłego roku). Kiedyś to były czasy, nie było You Tube, Spotify, muzyka nie była na wyciągnięcie ręki, a i koncerty jawiły się jako dość luksusowe wydarzenia. Tool nasz kraj odwiedził swego czasu w ramach Metal Hammer Festival i oczywiście nie mogłem sobie pozwolić na taki wydatek. Myślałem, że to już mi się nie przytrafi, że Maynard i spółka po pierwsze nie nagrają już nic nowego, a po drugie nawet jeśli ruszą w jakąś tam trasę to i tak ominą nasz kraj. Tymczasem w grudniu byłem na świetnym koncercie A Perfect Circle, by pół roku później z niedowierzaniem chłonąć dźwięki utworów znanych na pamięć. 

Alice In Chains

Zakładam, że część z Was ma podobnie i zobaczenie koncertu Toola było Waszym największym marzeniem ever. Zanim jednak przejdziemy do dania głównego słów kilka o grupach, które przecież nie robiły za zwykłą przystawkę. Organizatorzy postawili na kapele zagraniczne, na Fiend się niestety nie wyrobiłem, ale już 1000Mods oglądałem w pełnym słońcu z niekrytą przyjemnością. Taki stoner na metalowych resorach, wyluzowany, raczej mało gruzowaty, idealny do relaksu pod warunkiem, że się człowiek nie roztapia. Na szczęście tuż przy stoisku z ciuchami i gadżetami były zraszacze, więc nie zginąłem marnie w oczekiwaniu na danie główne. Następnie zaprezentowali się Uncle Acid And The Deadbeats, którzy ewidentnie jarają się starymi filami grozy, a ich muza rzeczywiście momentami bywa dość kwaśna i psychodeliczna. Obie grupy wspierali odziani w ciuszki z ich logotypami fani, radość było widać po obu stronach, liczę, że obie grupy jeszcze się u nas pokażą w innych okolicznościach. Bez bicia przyznam, że Black Rebel Motorcycle Club przegadałem, bo i ich muza mi nie do końca siadła, a ze znajomymi się wypadało spotkać. Odnotować mi jednak wypada, BRMC nie mogli narzekać na pustki na hali i słychać było, że przykładają się do generowania swoich hałaśliwych utworów.

Nie jestem maniakalnym fanem Alice In Chains i bardzo dobrze znam właściwie ich największe hity, tak więc godzinny występ legendy grunge’u uznaję za bardzo udany, bo takowych nie zabrakło. Would? odśpiewaliśmy wspólnie, na dzień dobry przywalili Them Bones, a i nie zabrakło Man In The Box i podniosłego, ociężałego Rooster. Oczywistym było, że panowie postawią najbardziej na materiał z kultowego Dirt, coby wychowani na ich muzyce mogli sobie poszaleć. Nowe numery całkiem zgrabnie wybrzmiały na ich tle, na moje ucho to był po prostu bardzo dobry koncert, choć trwający zaledwie godzinę.

Tool rozpoczął swój set od Aenimy, wyrwał wszystkich z butów potężnym brzmieniem i pokręconymi wizualizacjami, odtwarzając klasyki właściwie 1:1. Okej, w Schism pojawiło się perkusyjne udziwnienie, a Stinkfist nabrało pięknych kolorów dzięki długiej instrumentalnej, bawiącej się podstawowymi motywami wstawce, ale poza tym było jak na albumach studyjnych, po prostu idealnie. Maynard był w bardzo dobrej formie i nawet nie krył się w wiecznym cieniu, nie było zakazu fotografowania, ale i tak większość ludzi po prostu w skupieniu chłonęła każdy dźwięk. Jedynie podczas wykonywania nowych numerów czułem się nieco dziwnie, nie do końca jeszcze jestem w nie wkręcony, nie poruszają (jeszcze) we mnie tych wrażliwych strun i zdecydowanie muszę je „przepracować” kiedy trafią na niezatytułowany jeszcze nowy krążek. Panowie zadbali by podczas wykonywania nowych numerów na scenie działy się techniczne cuda, tak więc nie zabrakło laserów, hipnotyzujących wizualizacji i mimo wszystko tej toolowej magii. Sądzę, że wkrótce się z tymi utworami zaprzyjaźnię na dobre! Setlista? Bardzo dobra, poza utworami, które wymieniłem chociażby The Pot, Vicarious, fenomenalna Parabola, niesamowite Forty Six and 2… Kontakt z publiką właściwie zerowy, ale to w końcu Tool, to było niepowtarzalne doświadczenie, przedstawienie, dla wielu niemal religijne uniesienie.

Tool

Po koncercie pozostało mi wielkie nienasycenie, chciałoby się więcej, chciałoby się usłyszeć wszystkie kawałki, ze wszystkich płyt! Nie do końca jeszcze doszedłem do siebie, ale dociera do mnie fakt, że spełniłem swoje największe koncertowe marzenie. Mam jedynie uwagę co do zdzierania hajsu z biednych, ledwo żyjących uczestników imprezy, bo ceny szamki, coli i piwa iście diaboliczne! Miej serce i patrzaj w serce Live Nation! Następnym przystankiem moich tegorocznych koncertowych podróży będzie Mystic Festival, oj tam też się będzie działo!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s