PREMIERA NA NETFLIX: WOLNE BITY, czyli o bicie, który powinien być szybszy, a nienaturalnie traci tempo

Kiedy większość świata właśnie ogląda 2. sezon Dark, Netflix postanowił dać alternatywę dla osób, które za serialem nie przepadają. Ni stąd, ni zowąd pojawia się kolejna oryginalna produkcja platformy, o której informacji tyle, co kot napłakał. Kolejny piątek – kolejna premiera i już zdążyłem się do tego schematu przyzwyczaić, co mi bardzo odpowiada, bo czasami są to przyzwoite pozycje. Czy będzie tak i tym razem? Wolne bity to historia o traumie, wielkim, hip-hopowym talencie, chęci wyjścia z domu i normalnego życia na przedmieściach South Side. Kolejna pozycja z tytułu „ku pokrzepieniu serc”. Czy faktycznie film jest wart uwagi czy to jednak kolejna, standardowa pozycja z tego gatunku? Czy jest to może produkcja, która ma trafić jedynie do fanów takiej muzyki, którzy będą mieli fun podczas seansu?

Otóż, ja nie jestem zagorzałym entuzjastą tego typu utworów, ale dobry rytm nie jest zły, aby przy niektórych kawałkach poczuć flow. I faktycznie, Pontona nóżka chodziła, bo bita naszego głównego bohatera poczuła (XD). August (debiutujący Khalil Everage) to utalentowany, czarnoskóry chłopak, który ma dryg to tworzenia takiej właśnie muzyki. Wykonuje to w zaciszu własnego domu, na amatorskim sprzęcie, jest to dla niego sposób, aby teleportować się do miejsca, w którym zapomina o swoich problemach i wielkiej traumie. Wychowany w niechlubnej dzielnicy Chicago był świadkiem jak jego równie uzdolniona siostra została zabita przez jednego z członków osiedlowego gangu. Ten dramatyczny fakt bardzo wpłynął na dalsze życie chłopaka, któremu zaczęła doskwierać agorafobia, czyli lęk przed wyjściem z domu czy spotkań z innymi ludźmi. Pod okiem nadopiekuńczej mamy (Uzo Aduba, znana z rewelacyjnej roli „Szalonookiej Suzanne” z Orange Is The New Black) próbuje normalnie funkcjonować w czterech ścianach swojego pokoju. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy August przypadkowo poznaje Romelo Reese’a (Anthony Anderson), byłego managera, który próbuje odbić się od dna i wrócić do zawodu. Zauważa w nim ogromny potencjał i zamierza mu pomóc oszlifować niespotykany talent i spróbować zrobić z niego muzyczną gwiazdę. Nie będzie to łatwa droga ze względu na przypadłość Augusta, cudem udaje im się nawiązać nić porozumienia. Brzmi to jak standardowa opowieść o nieopierzonym, utalentowanym dzieciaku, który fartem spotyka na swojej drodze osobę, próbującą wydostać ją z piwnicy niepewności do zamku chwały. W istocie tak jest, ale takiego rodzaju talent w kinie nie był poruszany zbyt często, a na pewno nie był motywem przewodnim.

Szkoda tylko, że jego zdolności dla laickiego widza nie robią zbytnio wrażenia. Przez dwugodzinny film jesteśmy świadkiem, owszem fajnego rytmu, wpadającego w ucho bitu, jednak jest to tak naprawdę jednostkowy utwór. Nie czuje tego ogromnego talentu, więc trudno mi jednostronnie stwierdzić, czy chłopak faktycznie zasługuje na miano artysty. Zasługuje natomiast na to, aby normalnie funkcjonować, żyć jak każdy, wyjść z domu, mieć przyjaciół i nie bać się własnego cienia. I o tym tak naprawdę film opowiada. Romelo staje się momentami jego ojcem, który pomimo tego, że działa we własnym interesie, sprawia, że August chce coś zmienić we własnym życiu, a jego pasja daje mu coraz więcej frajdy. Relacje między tymi dwoma bohaterami są dobrze zarysowane, takt ich historii jest płynnie i sensownie przedstawiony. Duża w tym zasługa Anthony’ego Andersona, który świetnie sportretował zhańbionego managera. I cieszy to, że dostał szansę wcielenia się w poważną rolę i odejścia od swojego komediowego i krzykliwego wizerunku. To również pewien komentarz społeczny o dzieciakach, których wychowała ulica i próba odpowiedzi na pytanie: czy mają szansę wyjść ze slumsów i żyć zgodnie z moralnymi zasadami. Mieć pasje, studiować, nie być zaszufladkowanymi kryminalistami, osiągnąć coś ważnego w swoim życiu i opuścić South Side. Czy naszemu bohaterowi się to uda? Tego zdradzać nie będę, ale i w tym temacie produkcja nie będzie specjalnie odkrywcza, to zaledwie liźniecie ważnego tematu. A szkoda.

Paradoksalnie, Wolne bity cierpią na brak systematycznego tempa i miks różnych akcentów. Mam wrażenie jakby twórcy nie do końca wiedzieli, który z wątków ma być tym najważniejszym. Niby motyw młodego artysty wysuwa się momentami na pierwszy plan, ale po chwili jest spychany na ławkę oczekujących przez poboczne, często urwane wątki. W menu mam fobie, komentarz społeczny, motyw zhańbionego managera i jego anemiczne relacje z żoną, nieco źle poukładane szczeble show biznesu czy temat nadopiekuńczej mamy. Przez co cała historia traci rytm, nasze zainteresowanie sukcesywnie spada, nie jesteśmy w stanie emocjonalnie się zaangażować. Oczywiście, kibicujemy naszym bohaterom, przede wszystkim Augustowi, ale nie dlatego, że ma ogromny talent. Dopingujemy go tylko dlatego, że przeżył traumę i w związku z tym zasługuje na szczęście i wyrwanie się z dzielnicy kryminalistów. Takie historie powinny mocno oddziaływać na widza i pomimo tego, że seans upływa dosyć szybko, finalnie czujemy się nieco puści w środku.

Jednak od strony technicznej twórcy stanęli na wysokości zadania. W ciekawy sposób kamera lawiruje po ekranie, kiedy August tworzy muzykę czy kiedy dostaje napadów paniki. Obraz nienaturalnie wibruje się, trzęsie się i te sekwencje świetnie opisują stan emocjonalny Augusta. Nie ma takich wstawek wiele, ale cieszą oko. I tak jak wspominałem, to film, który na pewno spodoba się fanom Hip-hopu, czy nowicjuszom w tworzeniu bitów. Sam proces powoływania ich do życia jest potraktowany nieco po łebkach, ale jednak to też ciekawostka dla laików nie znających genezy powstawania takich sampli. Słowa są bardzo ważne, ale odpowiedni bit jako bohater drugoplanowy potrafi zmienić utwór nie do poznania. Staje się wtedy czymś zupełnie innym, z większą głębia, z dodatkowym komentarzem i nadaje utworowi ten swoisty charakter. Sam się złapałem parę razy na tym, że w głowie mi siedział takt i wchodziłem w rolę uczestnika koncertu, na którym czuje się ten fajny chillout. Wolne bity powinny być nieco szybsze i żywsze jeśli chodzi o sposób opowiadanej historii, jednak nie jest to do końca zła propozycja. Ma sporo problemów, ale też nie mogę powiedzieć, że był to stracony czas. Entuzjaści takiej muzyki powinni być zadowoleni i fajnie jest zobaczyć po dłuższej przerwie dobrą rolę Anthony’ego Andersona.

Ponton 5,5/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s