RECENZJA: SPIDER-MAN: DALEKO OD DOMU, czyli jak nam Marvel ładnie dojrzał

Produkcje marvelowskie przyzwyczaiły nas do pewnego wyśrubowanego, przede wszystkim wizualnego poziomu, gdzie efekty specjalne zapierają dech w piersiach, a pocztówkowe wręcz plany zdjęciowe są zrównywane z ziemią w widowiskowy sposób. W pierwszej fazie MCU rozwałka zdawała się dominować nad fabułami poszczególnych filmów, które średnio broniły się jako origin story, ale za to były naszpikowane foreshadowingiem do rodzących się w głowach Whedona i braci Russo Avengersów. I to właśnie „zbiorowe” produkcje Marvel Studios powszechnie uważa się za najlepsze, a punktem zwrotnym w postrzeganiu wysokobudżetowej rozrywki za coś więcej stał się na moje oko Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz, wyłamujący się ze schematów, angażujący emocjonalnie, będący fundamentem do późniejszych animozji między bohaterami. Świetnym ruchem było wprowadzenie Spider-mana w całe to zamieszanie nieco „od kuchni” by następnie opowiedzieć jego historię w Homecoming, a następnie wmanewrować go w te wszystkie dramatyczne wydarzenia znane z Infinity War i Endgame. Nim przejdziecie do dalszej części tej recenzji ostrzegam Was, że postanowiłem w niej nie uciekać od spojlerów z Endgame, bowiem promocja filmu wręcz nimi stała i współczuję wszystkim, którzy poszli na przygody pajączka nie wiedząc co stało się w poprzednim filmie tego uniwersum. Far Fom Home nosi bowiem wszystkie znamiona tak zwanego epilogu, jakie tylko można sobie wyobrazić. Tak więc ostrzegam, poniżej są SPOJLERY z Endgame!

Świat po pstryknięciu Thanosa nie jest już taki sam. Ziemianie mają pewne pojęcie o tym, że coś im dalej może zagrażać i w sumie to cieszą się mając takiego obrońcę „mniejszego” kalibru jakim jest Peter Parker. Dosłownie wszędzie podkreśla się nieobecność Tony’ego Starka, a w powietrzu, niczym siekiera, wisi niewygodny temat jego zastępstwa. Peter ma wobec siebie dość duże wątpliwości, nie wydaje mu się bowiem by był zdolny stawić czoła zagrożeniom nawet dużo mniejszym niż Thanos. Poza tym Happy podrywa jego ciotkę, a on sam srogo buja się w uroczej MJ. Far From Home jest więc w dużej mierze emocjonalnym rollercoasterem, tym którzy tęsknią za Iron Manem wbija szpilki tam gdzie trzeba, a lubującym się w niezręcznych, młodzieżowych sytuacjach dostarcza uroczo „żenujących” scenek pod dostatkiem. Do tego ten zmieniający się jak w kalejdoskopie europejski klimat, gdzie akcja rozgrywa się we Włoszech, Austrii czy Czechach, palce lizać. Oczywiście nie może też zabraknąć monstrualnych rozmiarów zagrożenia i nieoczekiwanego sojusznika Pajączka pod postacią Mysterio, który staje się w szybkim czasie ulubieńcem ludzi na całym świecie. Nic dziwnego, że Peter czuje iż spokojnie może być jego side kickmiem, a wręcz zaczyna myśleć o superbohaterskiej emeryturze i oddawaniu się urokom krępujących sytuacji między nim a MJ. Oczywiście musi być jakieś ale i muszę przyznać, że o dziwo, twist w połowie filmu mi się… bardzo spodobał.

Far From Home wyrasta bowiem na film mega samoświadomy i zdecydowanie nie stworzony przez algorytm generujący milionowe wpływy. Po rewelacyjnym Infinity War Endgame z założenia musiał powstać film na znacznie mniejszą skalę, a jednocześnie mający w sobie magnetyzm, który przyciągnie do kin tych, którzy nie mieli dosyć po wielkiej, thanosowej rozwałce. W tym filmie czuć serducho, zarówno do młodego widza, jak i tego wychowanego na komiksach, oraz dla poszukiwaczy wszelakich easter eggów i linków z poprzednimi filmami (których jest tu bez liku). Jak bardzo jest to przewrotny film pokazują DWIE sceny po napisach zarówno pewne rzeczy wyjaśniające, jak i gmatwające późniejsze produkcje w znacznym stopniu. Far From Home bawi się z widzami na tak zwanych meta poziomach, nie ociera się co prawda o geniusz Into The Spider-Verse, ale bawi się wyświechtanymi kliszami i w miły sposób oszukuje oko, zadając jednocześnie pytanie o skalę rozrywki jaką chcemy oglądać na wielkim ekranie. Bo nowego spajdiego równie miło ogląda się w scenach szkolnych, co kiedy z wielkim wysiłkiem stawia czoło Żywiołakom i innym paskudnym łajdakom rodem z odległych wymiarów.

Humoru jest tutaj pod dostatkiem, momentów, że się oko sklei od łezki też nie brak, akcja jest wartka, kilka motywów może i nieco naciąganych (relacja przyjaciela Petera z dziewczyną z klasy jest zarysowana jak dla mnie zdecydowanie naprędce, wiem, że nastolatkowie potrafią się ze sobą wiązać na jedyne kilka dni, ale w filmie to trochę zgrzyta), ale ogólnie jest to film bardzo poprawiający nastrój, pogłębiający nam Petera w nieskrótowy sposób, eksponujący rolę MJ w uniwersum, a i świetne sceny mają tutaj Samuel L. Jackson i Cobie Smulders. A co do Jake’a Gyllenhaala i jego interpretacji Mysterio to wiele zależy od tego czy spodoba Wam się wyjaśnienie jego wątku, mi się wydaje, że czuje tę postać i nie szarżuje w tej kreacji tak jakby mógł (jak robił to chociażby w genialnym Wolnym strzelcu).

Spodziewałem się seansu mniej zaskakującego, mniej angażującego i zbyt zapatrzonego w całe marvelowskie uniwersum, a jednak dostałem film wyważony, gdzie nie Iron Man, nie Avengersi a właśnie Peter jest w centrum uwagi i to on na swój sposób domyka swoimi przygodami Infinity Sagę w sposób bardzo satysfakcjonujący. Ogólnie to 8/10 ale za sceny po napisach podbijam o jeden punkt, bo opad szczęki nielichy i niespodziewany 😀 Idźcie do kina!

9/10

 

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s