ZRYTA KLASYKA #09: Ghost in the Shell (1995, reż. Mamoru Oshii)

Ghost in the Shell jest docenianym dziełem praktycznie w każdym gronie. Posiada jeden z największych i najbardziej stałych fandomów na świecie, a sam wpływ tego dzieła na kino i rozwój gatunku jest niepodważalny. W każdym zakątku świata słyszano i wydano ten film. Cyberpunk dziś nie byłby tym, czym jest, gdyby między innymi nie właśnie GitS. Zarówno w kinie, jak i komiksie, a nawet prozie. Kamienie milowe nie powstają przypadkowo. Nigdy.

Trzeba postawić sprawę jednak bardzo jasno, mangę, na podstawie której nakręcono ten film darzę czcią nabożną. Uważam ją za jeden z najwybitniejszych komiksów, jakie kiedykolwiek powstały, a w samym gatunku tylko jeden podstawie na równi, Battle Angel Alita i jego jeszcze lepszą kontynuację, Last Order. I tak to ten sam komiks na podstawie którego niedawno w kinach leciał film pod tym samym praktycznie tytułem w reżyserii Roberta Rodrigueza, tak tego, jedynego. I skądinąd, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, znakomity, pełen frajdy i przede wszystkim w duchu oryginału. Co dziwne, zważywszy, że za scenariusz odpowiadał James Cameron. Ale to temat na inny tekst. Arcydzieło Masamune Shirowa to jeden z tych komiksów, które nigdy się nie przeterminują. Sam film natomiast, o czym ludzie zdają się często zapominać, lub nawet nie zdawać sobie sprawy, jest ekranizacja kilku rozdziałów tejże mangi, do tego tych końcowych. Ot ciekawostka, pierwszy film w serii jest jednocześnie ostatnim chronologicznie (Arise, dwa sezony anime, film i dopiero opisywany tutaj GitS), no przedostatnim, jeśli liczyć dekadę późniejszą kontynuację INNOCENCE, której też napiszę w niedalekiej przyszłości. Ta graficzna epopeja to krytyczne wizja przyszłości z rozbudowanym wątkiem psychologicznym i głównym – filozoficznym. Film wziął z całego komiksu to co najlepsze, ubrał w ówczesne możliwości graficzne i nie zapomniał o szacunku do oryginału. A wyszło z tego, jak wszyscy już wiemy, gatunkowe arcydzieło.

Pozwólcie, że tym razem notka fabularna będzie ograniczona do minimum, bo trzeba ograniczyć tekst do niezbędnego minimum, żebyście się nie znudzili. W cybernetycznym świecie przyszłości najcięższym przestępstwem jest hakowanie i atakowanie sieci, a Sekcja 9 zajmuje się tropieniem takich właśnie przestępstw i ludzi za nich odpowiedzialnych. W jej główny skład wchodzą Major, czyli Motoko Kusanagi, kobieta z ciałem androida i swoim własnym, ludzkim mózgiem, Batou, potężny jak tur agent z kilkoma modyfikacjami, oraz Togusa, eks-policjant, kryty jest przeciwnikiem jakichkolwiek modyfikacji i jest w 100% człowiekiem, a całą ta zbieraniną dowodzi Aramaki. Za zadanie mają złapać legendarnego przestępcę, Władcę Marionetek, kryty jest odpowiedzialny za multum przestępstw i morderstw.

Nic nadzwyczajnego, rzec by, schematyczna fabuła. I taką też jest. Nie dość, że wyrwana z większego kontekstu całości, bo to koniec końców sam koniec opowieści, jak i momentami przyśpieszona. Ale jednocześnie nic bardziej mylnego, bo nie o samą fabułę tutaj chodzi, a raczej – wcale tutaj o nią nie chodzi. Bo to przede wszystkim orgiastyczne epatowanie grafiką i rozważaniami egzystencjonalno-filozoficznymi na temat sensu istnienia i prawdziwości bytu, czy to ludzkiego czy nie. Całość jest ubrana w niezwykle sugestywną animację, pełną mroku, ale także bogactwa szczegółów i przedstawionego świata. Sama fabuła natomiast znakomicie uzupełnia pełną napięć i zawijasów relacje między głównymi bohaterami, nadając jej dynamikę i odpowiednie wprowadzenie. Psychologia postaci w tak krótkim dziele jest niezwykła, głęboka i przede wszystkim bardzo, ale to bardzo nieoczywista, koniec końców przynajmniej połowa z dialogów to ciężkie filozoficzne rozważania, które nie biorą się znikąd, a doświadczeń bohaterów i ich oczekiwań. Za to cały, tak bogato wypełniony świat ich otaczający to oddzielne arcydzieło.

Tak, animacja w tym anime to dzieło sztuki samo w sobie. Po ponad 20 już latach od premiery wciąż wygląda olśniewająco, nie tracąc nic ze swojej nowatorskości (w przeciwieństwie do Akiry). Rozgrywająca się przed nami wizualna orgia dzieło się zasadniczo na 3 główne działy. Pierwszy to właśnie fabularne zawijasy, drugi to ponadczasowa animacja, a trzeci to muzyka. Bo muzyka to oddzielny kawałek, na podstawie krytego można by tutaj zrobić artykuł. Główne motywy muzyczne (Utai IV: Reawakening!!!), napisał Kenji Kawai, a za pozostałe ambienty jest współodpowiedzialny nie kto inny, jak sam Brian Eno. I wierzcie, ta kombinacja robi swoją robotę bardziej niż znakomicie. Nie dość, że ścieżka broni się sama jako oddzielny album, to jeszcze zapada w pamięć na zawsze. Gdy już raz usłyszycie utwór otwierający GitS, to gwarantuję wam, nigdy go nie zapomnicie i definitywnie z niczym innym nie pomylicie.

Wiadomo, to przede wszystkim klasyka cyberpunku, klasyka która miała pośredni lub bezpośredni wpływ na niekończącą się ilość dzieł (Matrix, Ergo Proxy, A.I. czy nawet Ex Machina), zawiera w sobie zawsze aktualne dywagacje i niezwykła dawkę emocji i wraz z twistami fabularnymi tak bogatą, że z każdym kolejnym seansem można odkrywać nowe smaczki. Przede wszystkim jednak świat przyszłości pokazany w filmie zaczyna coraz bardziej przypominać nam ten nasz, jak najbardziej współczesny. I to jest przerażające, bowiem przecież sami do tego dążymy w imię wolności i swobody.

Nie jest to dzieło proste, wymaga stuprocentowego skupienia. Jest brutalne, ale nie epatuje przemocą, a jej wybuchy są nie tyleż naturalne, co ekstremalnie szybkie i bolesne. Spora dawka nagości i krwi skutecznie daje wysoką kategorię wiekową, ale w przypadku akurat tego filmu kategoria wiekowa nie znaczy zupełnie nic. Jeśli się tego dzieła nie chłonie i nie próbuje zrozumieć okaże się tylko przegadanym, niezrozumiałym bełkotem, a akurat w tym przypadku trudniej o bardziej mylne stwierdzenie. I kolejny raz mamy tutaj do czynienia z produkcją animowana, lecz w przeciwieństwie do poprzedniej produkcji, ta jest nie tylko przeznaczona dla dorosłych, ale przede wszystkim jest bardzo nieliniowa i wielowymiarowa. Ale podobnie jak Grobowiec Świetlików, to dzieło wybitne. Pod każdym względem. Nieśmiertelna kreska, niezwykła, mimo wszystko, fabuła i świdrujący klimat tworzą dzieło epokowe, kultowe i niezniszczalne. Na każdej płaszczyźnie zaskakujące. Niedługo 25 rocznica filmu, a o jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek wcześniej, nieprawdaż?

Tak się tworzy historię i kamienie milowe. Tak się, kurwa, tworzy sztukę. Taką gdzie i forma i treść są tak samo ważne. /Stachu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s