RECENZJA: THE BOYS, czyli o chłopcach, co łoją tyłki superbohaterom

Amazon, Ty szczwany lisie. Nie tylko zostawiasz w tyle Netflixowski chłam, to jeszcze składasz propozycję nie do odrzucenia swoją najnowszą produkcją mając głęboko gdzieś wszelką poprawność polityczną i grzeczne podejście do tematu. Po Preacherze i American Gods otrzymujemy trzecią, mocną, ekstremalnie brutalną i niepoprawną produkcję. I kolejną na wysokim poziomie. Tylko, że tym razem miks jest o wiele lżejszy i bardziej luźny niż pozostałej dwójce, ale paradoksalnie jest o wiele bardziej soczyście i krwiście. Palce lizać. 8 godzin czystej, nieograniczonej rozrywki, która hołduje najniższym instynktom w najlepszym możliwym stylu. Bo jak ekranizować komiksy, to tylko tak.

Po takim wstępniaku można oczekiwać wszystkiego, ale zluzujmy wora i zacznijmy od początku, czyli komiksu. Bo ten to jest dopiero rzeź. I sporo się różnicący od adaptacji. Ale w przypadku akurat tego serialu to kompletnie nieważne. Bo fun i totalne oddanie miłości do gatunku jest bezcenne. Naprawdę dawno nie było takiej niczym nie skrępowanej rzeźni jak The Boys. W zalewie upolitycznionej i poprawnej papki zawsze znajdzie się kilka seriali, które mają to wszystko za nic. W tym roku zaszczytne miejsce na czele (póki co oczywiście, Watchmen – I bloody see you there) zajmuje właśnie opisywana pozycja. Serial jest idealnie skrojony pod gusta ludzi, którzy z komiksami z serii i komiksami w ogóle nie mają za wiele wspólnego. A i nie sprawia większych problemów fanom oryginału.

Świat pełen superbohaterów? Proszę bardzo. Ale nie są to tacy bohaterowie jakich znamy i lubimy. To zepsute, zapatrzone w siebie gwiazdki, które robią więcej szkód niż pożytku. Będąc zatrudnieni w potężnej organizacji bronią i pomagają jedynie wśród kamer i medialnego szumu, który pomaga im w utrzymywaniu popularności i zarabianiu coraz większych ilości pieniędzy. Mamy też Starlight, nową twarz w najbardziej elitarnej grupie bohaterów, a jej obraz i oczekiwana kompletnie się rozbijają o rzeczywistość. Na drugim końcu mamy Hughiego, typowego szarego ziomka, szczęśliwego ze swoją narzeczoną planując wspólne mieszkanie. Wszystko się kończy w sekundę, gdy jeden z elitarnych przypadkiem zamienia ją w krwawą masę, a w jego rękach zostają jedynie kikuty jej rąk. Wszystko oczywiście bardzo obrazowo ukazane. Ciężko znosząc żałobę poznaje Billy’ego, który, jak mówi, zajmuje się wyciąganiem grzechów superbohaterów na światło dzienne, niedługo później poznaje też Francuza, specjalistę od wszystkiego i Niewiastę oraz Cycusia używając polskiego nazewnictwa. I tak właśnie poznaliśmy tytułowych The Boys na wendecie przeciwko znacznie bardziej brudnym niż się wszystkim wydaje bohaterom. Bardziej bezspojlerowo się już nie dało.

A czego w tym serialu nie ma! Są wybuchy ciał, strzelaniny, rozwałki, seks, nagość, więcej krwi, więcej kawałków ciał, mordercze dzieci, granaty, jeszcze więcej ciał i krwi i… jeszcze raz to samo. Plus dziwaczne, ale złote cameo Simona Pegga, oraz tony czarnego humoru. Całość, jak wspomniałem, przelewa się wręcz od humoru, choć nieraz balansuje niebezpiecznie blisko granicy dobrego smaku. Ciężko też nie wspomnieć, po raz kolejny już tutaj, o brutalności, bo ta wylewa się zewsząd w tej produkcji. Ciężko powiedzieć, co na ekranie nie lata w akompaniamencie hetrolitrów posoki i płynów ustrojowych, twórcy się prześcigają z odcinku na odcinek o tytuł mistrza cringe’u, ale za to jak to wygląda! Nagości też nie brak, tam czy siam mrugnie gdzieś mister wąż, seks, więcej seksu i wszelkiej maści, jak to się mówi, zboczeń. Ale tak naprawdę to po prostu całkiem niezła, dość kontrowersyjna, ale wciąż niezła satyra na wizerunek superbohaterów, jednocześnie też i krytyka mediów oraz „korporacjonizowania” życia. I to całkiem celna.

Jednak nie tylko funem i rzeźnią ten serial stoi. Zdecydowany prym tutaj wiedzie Antony Starr (nie, nie ma nic wspólnego z Natalką) w roli Homelandera, najpotężniejszego z naszych superbohaterów. Karl Urban cudownie przegina igrając z własnym wizerunkiem w roli Billego Rzeźnika. Jest też przepiękna Erin Moriarty w roli Starlight. Nie dość, że naprawdę błyszczy, to jej postać jest najważniejsza dla fabuły i przemiany naszego głównego bohatera, Hughiego w którego wcielił się, z polotem i wdziękiem Jack Quaid. Mieszanka owocowa z prawdziwego zdarzenia. Za to szczera i radosna…

…oczywiście poza szokującym i wywracającym cały serial finale. Finale, który przypomina, że poza komedią, gore i kolejnymi obraźliwymi komentarzami to także ciężki, miejscami bardzo ciężki dramat i cieszę się, że akurat to w tej produkcji zostało idealnie zachowane. Powaga się tu miesza z lekkością, szczególnie w drugiej połowie. Każdy, kto lubi bardziej serio podejście do tematu, kto jest zmęczony Marvelem i DC, każdy kto chciałby zobaczyć trochę więcej krwi, przekleństw, większego realizmu przedstawionych sytuacji i historii powinien sięgnąć po ten serial. Podobnie jak każdy nerd, miłośnik komiksów, superbohaterów, itd. Bo to złoto i kopalnia cytatów.

Oczywiście nic nie jest idealne, tutaj nie jest inaczej. Efekty specjalne momentami bolą okrutnie, scenariusz próbuje pomieścić trochę zbyt wiele wątków i nie ufa widzowi na tyle, żeby dać mu wolną wolę do interpretacji, więc zazwyczaj, mimo wszystko, Całość jest wyłożona na tacy. Drugie tło aktorskie raczej leży niż stoi, choć o dziwo wcale to nie przeszkadza, bo z całej produkcji wybija się ten rasowy klimacik campu i B klasowej pulpy, tej najwyższego poziomu. Co sprawia, że przymykamy oko na więcej, bo to prostu czysta zabawa, a tematyka i sposób dostarczenia produktu jest najzwyczajniej w świecie pożądany. Tak bardzo, że ledwie parę tygodni po premierze Amazon potwierdził zamówienie drugiego sezonu.

Nie jest to rzecz bez wad. Nie jest to także serial dla wszystkich. Ci bardziej wrażliwi, wierzący (żarty z Bozi są dosyć częste), zamknięci, czy zwyczajnie oczekujący głębokiego kina nie mają czarni tutaj szukać. To hołd dla kina eksploatacji, superbohaterów jakich znamy z Watchmen, czy po powiatu mrocznej stronie komiksów. Jednak Ci, którzy zasiądą do tej produkcji z tak samo czystym sercem i miłością jak twórcy, dostaną jeden z najlepszych, najbardziej zwariowanych i szczerych tworów tego roku. 8 godzin czystej, brutalnej i pełnej humoru rozrywki. Ale i tak nie jesteście gotowi na tę jazdę. I to jest w tym serialu najlepsze. Bo nie jest nawet w 1/3 Tak kontrowersyjny jak oryginał.

Mocne 9 z serduszkiem. Za szczerość. /Stachu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s